Najszybsza Tesla ever

Elon Musk i cała ekipa ze SpaceX mogą być z siebie dumni. Zrobili kawał dobrej roboty, pokazali, że się da, pokazali, że nie ma rzeczy niemożliwych.

SpaceX jako pierwsze przerobiło Teslę na gaz. I zrobili to szybciej, niż my, Polacy.

SpaceX jako pierwsze zrobiło auto elektryczne o sensownym zasięgu.

SpaceX jako pierwsze zabezpieczyło auto przed kradzieżą – nawet nasi nie dadzą rady. Przynajmniej w tym dziesięcioleciu.

SpaceX jako pierwsze postanowiło zaparkować auto w sposób absolutnie bezsensowny, nieosiągalny nawet dla Janusza z Białołęki, pokazali, że na Ziemi już naprawdę nie ma gdzie parkować.

 

Zaklęcie doktora Pai-Chi-Wo

Kupa mięci, bo czasem potrzebne:

Idzia Bidzia Min
Sua Hua Wej Sua Tin
Ken Do Hen Do Mej
Tchonze Hua Sua Pien Do Sien

Sian Sian O Sian Hua
Shalen Khunku Phunku
Johen Dohen Kohen Tua
Shin Chin Le Saj Kunku

Idzia Bidzia San
Dua Mua Wej Tua Lan
Ken Do Hen Do Lej
Mienthie Hua Duo Cugo Dej

Sian Sian O Sian Hua
Shalen Thunku Phunku
Johen Dohen Kohen Tua
Shin Chin Le Saj Kunku

Naklejki „baby on board”

Jeżu, jak bul dópy niektórzy mają. I o co? O naklejki „Baby on board”? Z ludzi wyłazi złośliwość i brak empatii.

IMHO generalnie naklejki mają sens.

Taka naklejka informuje, że w aucie może znajdować się ktoś niestabilny emocjonalnie. Dziecko nie potrafi się kontrolować. Możesz być najlepszym rodzicem na świecie a dziecko i tak wywali buta, odepnie się, rzuci zabawką, zacznie rzygać, udławi się skarpetką, nagle zacznie drzeć ryja, pociągnie za włosy, będzie coś koniecznie chciało itp. I możesz być cyborgiem urodzonym przez Colina McRae wydymanego przez Szumahera a i tak dziecko w aucie cię zaskoczy. Widzę naklejkę, to wiem, że trzeba zachować jeszcze większy dystans i czasem uzbroić się w cierpliwość. Bo przepisy przepisami, a życie życiem. Sam mam dwójkę, wiem coś o tym. I nie, nie jestem niedzielnym kierowcą, prawo jazdy mam od 20 lat, przejechałem jakieś pół miliona kilometrów, dziennie spędzam prawie dwie godziny w ruchu miejskim – widziałem niejedno.

Taka naklejka informuje, że do auta może wsiadać ktoś, o gorszej koordynacji ruchów. Dziecku czasem ciężko otworzyć drzwi, czasem otworzy je za szeroko. Warto zostawić takiemu trochę więcej miejsca na parkingu. Tak, jako rodzic pokryję koszty lakierowania twoich drzwi, jeśli moje dziecko w nie przypierdoli. Ale to ty będziesz się wkurwiał, że ałka, to ty będziesz szukał dobrego lakiernika, to ty przez parę dni nie będziesz mógł cieszyć się swoim autem. I żeby nie było – zwykle parkuję gdzieś dalej, nie pod samymi drzwiami marketu, bo miejsca dla rodzin zwykle są zajęte przez tych samotnych, co przyjechali sami dobrymi autami.

Taka naklejka informuje, że do auta mogę musieć wsadzić dziecko w fotelik. Albo w nosidle. Oznacza to, że muszę SZEROKO otworzyć drzwi. I jeśli są inne miejsca wolne w pobliżu będę bardzo wdzięczny, jeśli wybierzesz inne, nie o grubość lakieru od moich drzwi.

Naklejka z zielonym listkiem informuje, że autem jedzie ktoś, kto może potrzebować więcej czasu na zorientowanie się w otoczeniu, że kierujący może mieć problem z większym ruchem, że niektóre skrzyżowania mogą być jeszcze trochę za trudne. Może wbić czwórkę zamiast dwójki i zgasić auto. Może wbić prawy kierunek i skręcić w lewo. Nie powinien, ale to się MOŻE zdarzyć. I co z tego, że w razie kolizji on dostanie mandat. To ja będę miał uszkodzone auto, to ja będę musiał szlajać się po mechanikach i blacharzach. Nie warto. Prościej, taniej, bezpieczniej jest zostawić większy niż zwykle margines bezpieczeństwa i tolerancji.

Blachy z daleka. Prawie na pewno jedzie używając nawigacji i nie zna miasta. Prawie na pewno będzie musiał zmienić pas w ostatniej chwili na paru dziwniejszych trasach w rejonach, w których jeżdżę. Bo nie zna realiów i niektórych popapranych rozwiązań u nas. I co? Mam się na niego wkurzać? Mam w niego przywalić? Wolę zostawić margines.

Blachy z Malborka (no offence ;P). Nie dość, że gwałtownie zahamuje, to jeszcze potem przez pomyłkę wbije wsteczny. Będzie chciał zostawić auto na trzypasmówce i pójść do kiosku. Przy starszym aucie prawie na pewno po tym jak ruszy ze świateł będę musiał odczekać, aż opadnie zasłona dymna, zanim pojadę. Jak widzę GMB to zostawiam margines, jak przy baby on board, zielonym listku, blachach z Burkina Faso i babie za kierownicą razem wziętych. Bo tak jest taniej, prościej i mniej stresująco.

Zachowajcie dystans. I w życiu i na drodze. Bo przepisy przepisami, a życie życiem.

Szerokości.

Blade Runner 2049

W sumie to nie wiem, w czym problem. Byłem, widziałem – smak w sumie dobry, rozmiar porcji też, choć mogło by być o szczyptę czy dwie więcej, przybranie i obsługa również bez zarzutu. A że wypadało znać ori to inny temat, bo iść na 2049 nie znając 2019 to jak oglądać Pobudzenie Moczy albo koszmarną trylogię nie znając koszernej trylogii.

Do tego umówmy się, że pomimo statusu kultowego to BR nie był filmem wybitnym. Była to pewna wizjonerska wizja ( ;D ), z dobrą technicznie realizacją, ale scenariusz biedny, Ford grał jak Rasiak za swoich najbardziej dębowych czasów, Hauer był melodramatyczny jak histeria sześciolatki, postać Gaffa nadawała się tylko do tego, aby pojawił się w dwójce jako retrospektor, a Young o niebo lepsza była jako Lois Einhorn niż Rachael. A w dwójce Gosling zrobił całkiem dobrą robotę, Ford – choć nie epizodyczny – już nie dębowy, ale bardziej jak podstarzała wierzba, niezła Wright jako pani porucznik, całkiem znośna Hoeks jako Luv.

Dwójka dość wiernie, choć nie odtwórczo, kontynuuje schematy estetyczne jedynki. Muzyka – choć czuć, że to nie Vangelis – daje radę. Zachowano klimat świata, nadal czuć zaszczucie jednostki przez upadającą cywilizację, choć ten świat pokazano z mniejszą ilością detali. Nawet Mariette była pewnym ukłonem w stronę Priss – przynajmniej estetycznie.

Mi się podobało, uczciwe 7/10, choć raczej za 10 czy 15 lat nie będziemy sięgać do BR2049 jako referencji dla memów. Jeśli komuś z jakiegokolwiek powodu BR się podobał, to powinien 2049 zobaczyć.

Chujowe parkowanie

A wiecie, że wg Straży Miejskiej Ford i Suzuki są zaparkowane zgodnie z prawem? Po prawej budynek z dwoma szkołami – IX LO i I gimnazjum. Kawałek w lewo – przedszkole.

OK, w przypadku Suzuki można by było się przyczepić, że nie zostawił 1.5m wolnego chodnika, ale chodzi mi w dzisiejszym czepialstwie o widoczność w rejonie przejścia dla pieszych.

Znów zaczęła się mowa o tym, żeby zmienić przepisy dotyczące pierwszeństwa pieszych. Kierowca będzie musiał ustąpić pieszemu już zbliżającemu się do przejścia. Sam przepis jako taki nie budzi we mnie wątpliwości, przeszkadza mi jego otoczka, inne przepisy z nim powiązane, a właściwie w moim mniemaniu ich wadliwa interpretacja. Bo komuś się uroiło, że skoro przejście dla pieszych jest na jezdni to zakaz parkowania 10m przed przejściem dotyczy tylko … jezdni.

Zerknijmy:

Art. 49.
1. Zabrania się zatrzymania pojazdu:

2. na przejściu dla pieszych, na przejeździe dla rowerzystów oraz w odległości mniejszej niż 10 m przed tym przejściem lub przejazdem; na drodze dwukierunkowej o dwóch pasach ruchu zakaz ten obowiązuje także za tym przejściem lub przejazdem;

Prawo o ruchu drogowym – jeśli nie wyszczególnia w sposób jasny – zawsze mówi o drodze i o zachowaniu na niej. Jeśli w przepisie nie jest wprost powiedziane, że ów zakaz tyczy się jezdni, to należy go traktować jako zakaz dotyczący drogi. Tym bardziej intencję ustawodawcy w tym zakresie podkreśla druga część punktu, po średniku jest wyraźnie napisane „na drodze dwukierunkowej”.

Do the right thing

https://www.wsj.com/articles/was-i-right-to-pull-the-plug-on-a-nazi-website-1503440771

Nazizm należy tępić. Gdyby ktoś na moich maszynach chciał taki proceder uprawiać poszedłby w chuj razem ze swoimi stronami. Propagowanie nazizmu jest w naszym kulawym kraju zakazane i z przyjemnością bym przyłożył rękę do utrudnienia życia komuś, kto zajmuje się propagowaniem zbrodniczych idei. To samo tyczy się pedofilii, handlu narkotykami czy zwykłego bandytyzmu. Wolność słowa – jak każda inna wolność – ma swoje granice. Gdyby np sąd nakazał mi świadczyć dalej usługi dla kogoś takiego to prędzej zamknę działalność niż to zrobię.

Panie i Panowie!

W naszym zawodzie etyka jest cholernie ważna. Mamy dostęp do wrażliwych danych, nieraz w rękach trzymamy biznesy lub wręcz życia wielu osób. Są sytuacje, że musimy podjąć decyzje autonomicznie wg naszego oglądu na dobre i złe. Oczywiście, za każdą naszą decyzję musimy być gotowi ponieść odpowiedzialność. Ale chowanie głowy w piasek i nie robienie niczego bywa po prostu złe. Świadczenie usług za wszelką cenę każdemu i w każdym celu nie jest zawsze jest słuszne. Jest takie pojęcie, jak etyka w biznesie – wiem, wiem, śmiesznie to brzmi. Ale jest i nawet czasem funkcjonuje.

Don’t be evil. Don’t support evil. Do the right things.

Logan: Wolverine

Mam z tym filmem spory problem.

Pierwszym zwiastunem kłopotów był trailer. Trailer, który był prawie doskonały. Trailer, który cholernie wysoko postawił poprzeczkę oczekiwań. Trailer, który klepał po deklu. Szpadlem.

Drugim zwiastunem kłopotów był … trailer. Drugi. Pokazano w nim tak wiele, że wiadomo było, że film będzie miał problemy fabularne.

Potem przyszedł film.

Piękny.

Serio-serio. Bardzo mi pasuje jego prosta estetyka. Bardzo przyzwoite efekty (przy tych budżetach w dzisiejszych czasach ciężko zrobić to źle), dobra operatorka, pasująca muzyka. Estetycznie bardzo dopieszczony w swojej surowości. Przyjemny balet w walkach, dobrze zrobiony mo-cap, zachowane (z grubsza ;D) prawa fizyki – Laura robiąca kebab z najemników cieszy oko i duszę.

I rewelacyjne kreacje aktorskie. Duet Stewart-Jackman pokazał coś wspaniałego. Ci dwaj panowie współpracują od lat przy filmach spod marki X-Men, więc współdziałanie na planie wyszło im doskonale. Dali popis kunsztu pokazując trudy starości styranych skomplikowanym życiem byłych superbohaterów. Przywiązanie, a jednocześnie niechęć, smutek, zmęczenie i strach o przyszłość i przed powracającą przeszłością. Emocje bardzo silne i wyraźne i wcale niebanalnie pokazane. Na ten film warto pójść choćby po to, by zobaczyć jak wspaniale można zagrać starców z przeszłością.

I problem. Cytując kumpla – „Po Xavierze było mi smutno, ale na koniec prawie zapłakałem”. Nad scenariuszem. Ten film to równia pochyła. Zaczyna się z niezłym tupnięciem. W błocie. Brudno, ciężko. A potem przez jakiś czas jest jeszcze nadzieja, relacja Logan-Xavier zajmuje sporo uwagi widza. I nagle zaczyna się zjazd.

Od połowy filmu fabularnie jest bieda. Kolejne sceny są coraz słabsze, chwilami mają nikły sens, całość przestaje się kleić. Końcówka to porażka na całej linii, bezsens goni bezsens, nawet śmierć Logana emocjonalnie przechodzi jakoś tak bez znaczenia. Finalna rozwałka jakoś tak bez bigla, dzieciaki biegają jak stado kurczaków ganianych przez zjaranego lisa, głupota ściele się gęściej niż trup.

Obiektywnie 7. To bardzo dobra ocena dla tego filmu. Jest on przeznaczony nie dla każdego widza, bo ludzie spoza klanu komiksiarzy czy nie znający historii X-Menów nie załapią większości klimatu, więc pewnie wyjdą w połowie. Jakościowo, technicznie – bardzo ładny dopracowany.

Na zwyrolometrze … też 7. I to też jest trochę naciągnięte, głównie przez wspaniałym kontrastom między człowiekiem z adamantium a wrakiem pragnącym śmierci i między opiekuńczym empatą a zdemenciałym zabójcą najbliższych. Bo scenariusz leży ciężko powalony bezsensem i banałem. Film ratują doskonałe kreacje dwóch głównych aktorów, wspaniałe obrazy starości i bezsiły pędzone do grobu przez długą i skomplikowaną przeszłość. I balet młodej.

Ghost in the Shell

Mogło być gorzej – wyszło nieźle. Po negatywnym szumie związanym z obsadą i nierzadko smutnych doświadczeniach, jeśli chodzi o remake różnych filmów – szedłem do kina bez wygórowanych oczekiwań.

Największym zarzutem wobec filmu było obsadzenie Scarlett Johansson w głównej roli. Jak dla mnie marudzenie było nie na miejscu. W mandze i anime Major ni chu-chu nie była Azjatką – pewnie jest to związane z japońskim kompleksem wyglądu i importowaniem zachodnich wzorców urody, ale aktorka idealnie pasowała, jeśli chodzi o wygląd. Jeśli chodzi o grę to chwilami za bardzo wczuwała się w bycie androidem, przez co momentami ruszała się jak Rasiak na boisku. Poza tym wyglądała jak zwykle pierwszorzędnie w roli zabijacko-napadalskiej z odrobiną zaplecza psychologicznego.

Scenariusz. Ta wersja została dostosowana do klienta kina blockbusterowego. Trochę zakombinowano z historią, pewne rzeczy powiedziano trzy razy prosto w twarz, całość widocznie spłycono. Ale bez tragedii, nadal jest radocha z oglądania.

Wizualnie film robi wrażenie. Efekciarstwo na najwyższym poziomie, ale bez przeginki. Nie ma Bayowskiego przepychu, jest dobrze. Pięknie prezentuje się miasto. Właściwie całe otoczenie, scenografia – wszystko przyjemnie dopieszczone. Cyborgizacje bardzo dobrze wmontowane, nie widać „szycia”. Scarlett nie epatuje ciałem, choć jest miłą dla oka okrasą.

Obiektywnie film to mocne 7/10. Powinno chwycić widza, który nie jest miłośnikiem anime, fanatyków oryginału może nie całkiem zniesmaczy.

Na zwyrolometrze też 7/10. Bawiłem się nieźle, choć film nie porwał. Na pewno miłym akcentem był Takeshi Kitano jako Aramaki. Starszy już przecież pan bardzo naturalnie wypadł, szczególnie w „lisich” scenach. Sceny zabijacko-napadalskie momentami lekko przekombinowane, doskwierał mi brak światła – chwilami bardzo niewiele widać na ekranie.